Music

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 28 - "Znajdziesz w nich cały mój świat"

Cały następny dzień Hermiona przeznaczyła na przepisywanie notatek i robienie zaległych prac domowych. Oczywiście jak to ona znalazła jeszcze czas by zajrzeć do George'a. Chłopak już się obudził, ale w skrzydle szpitalnym musi zostać co najmniej pięć dni. Dumbledore zarządził coś niebywałego. W najbliższy piątek są skrócone lekcje i nieplanowany wypad do Hogsmede, by móc zaopatrzyć się w kreację na sobotni bal. Jak to powiedział "niewiele razy możemy cieszyć się z poskromienia najgroźniejszego demona w historii". Hermiona postanowiła wybrać się na zakupy z Ginny. Na wszelki wypadek, gdyby nie znalazła niczego odpowiedniego wysłała sowę do mamy z prośbą o dostarczenie dwóch ulubionych sukienek. Ruda była oczywiście przekonana, że znajdą coś dla siebie, ale lepiej dmuchać na zimne. Tak więc w piątek po południu przepadła im transmutacja i eliksiry, a dziewczyny pełne optymizmu pognały do Hogsmede. W pierwszych trzech sklepach niczego nie znalazły. Po kolejnych dwóch były naprawdę wystraszone, gdyż w Hogsmede został już tylko jeden sklep, w którym nie było panny Granger i jej przyjaciółki. Kiedy wyszły z ostatniego, Hermiona była naprawdę zrozpaczona.
- No to klapa! - westchnęła szatynka.
- Niekoniecznie - powiedziała Ginny z błyskiem w oku.
- Chodź! Mamy mało czasu! - ruda pociągnęła przyjaciółkę za rękę. Weszły w jakąś boczną uliczkę i co chwila skręcały w następną. Hermiona nigdy tu nie była i nawet nie zdawała sobie sprawy, że Hogsmede jest takie duże. Po kilku minutach stanęły przed drzwiami zwyczajnie wyglądającego domu. Ginny zapukała i odczekała. Otworzyła im starsza kobieta z uroczym uśmiechem i delikatnymi zmarszczkami wokół oczu.
- Ach, Ginny! Wejdźcie - gestem zaprosiła nas do środka. Szybko wślizgnęłyśmy się do domu, bo na dworze było naprawdę mroźno i wietrznie.
- Dziękuje, pani Puckle - uśmiechnęła się ruda.
- Dzisiaj tylko przechodem. Jutro mamy bal, a jeszcze nie mamy kreacji!
- Ach, szkoda. Tak więc chodźcie - poprowadziła nas do łazienki.
- Na pewno nie napijecie się herbaty?
- Na pewno. Dziękuje bardzo! Wrócimy za około godzinę - podziękowała Ginny. Hermiona nie rozumiała niczego, ale ufała przyjaciółce. Nagle lustro zmieniło się w coś co przypominało zawartość myślodsiewni. Ni to gaz, ni to ciecz. Srebrzyste i połyskujące. Ruda po prostu w to weszła, a Hermiona za nią. Poczuła tylko przyjemne ciepło na całym ciele i już stały na korytarzu jakiegoś budynku.
- Gdzie my jesteśmy? I kim była tamta kobieta?
- Pani Puckle! Jesteśmy u jej siostry, krawcowej. Kiedyś przez przypadek wpadłam z mamą na odwiedziny do pani Puckle. Pokazała mi wtedy to przejście i powiedziała, że gdybym potrzebowała jakiejś kreacji to zaprasza mnie do siebie. Wpadam czasem do niej na herbatkę, kiedy mam czas. Nie chcę jej wykorzystywać. Ale teraz chodźmy! - ruda prowadziła. Na końcu skręciła w prawo i otworzyła drzwi na wprost. Moim oczom ukazał się przecudowny widok. Pokój był prostokątny, a na środku w równych odstępach stały cztery manekiny. Wokół nich sunęła nimfa. Tak wydawało się Hermionie. Owa kobieta miała długą sukienkę, która podczas przemieszczania się mieniła się i falowała.
- Dzień dobry! - krzyknęła Ginny, a kobieta zwróciła swoje bystre oczy ku nam. Zmierzyła nas wzrokiem i podpłynęła do nas.
- Witajcie, kochane! Ginny, dawno cię tutaj nie było! Ale ciebie nie znam - spojrzała na szatynkę.
- Jestem Hermiona - odpowiedziała dziewczyna.
- Wspaniale! Jak mniemam pragniecie sukienki.
- Otóż to, Neferell! Już jutro mamy bal w Hogwarcie - wyjaśniła Ginny. Neferell machnęła różdżką i dwa środkowe manekiny stały się nagie, a wszystkie tkaniny zniknęły. Wskazała nam dwie płyty naprzeciwko nich i zachęciła gestem byśmy na nich stanęły. Gdy tylko postawiłam na niej obie stopy, manekin rozpłynął się, a ciecz unosiła się w powietrzu jakby pozbawiona grawitacji. Trwało to jednak tylko kilka sekund, gdyż po chwili zaczęło formować się ciało. MOJE CIAŁO! - pomyślała szatynka i patrzyła z zachwytem.
- Jaki kolor tkaniny? - spytała Neferell.
- Myślę, że czarny ze srebrnymi wstawkami - zamyśliła się Ginny, a na stole za manekinem zmaterializowały się czarne i srebrne zwoje materiału. Zachwycona podeszła do nich i zaczęła je przeglądać.
- A dla ciebie? - zwróciła się do Hermiony.
- W jakim byłoby mi dobrze?
- Malinowy lub wiśniowy z beżem jeśli chcesz coś ekstra, ale jeśli wolisz być poważna to myślę, że butelkowa zieleń - rozmarzyła się Neferell i po chwili w jej rękach pojawił się materiał. Szatynka skinęła głową.
- Otóż to! - powiedziała i krawcowa wzięła się do pracy.
*
Po godzinie dziewczyny podziękowały pani Puckle i wyszły z powrotem na mróz z bananami na twarzach.
- Są cudowne! - zachwycała się Ginny.
- Z pewnością wyjątkowe - pokiwała głową Miona. Właśnie wyszły na ulicę główną i podbiegli do nich bliźniacy.
- Co tam masz? - zaciekawił się George i próbował zaglądnąć siostrze do torby.
- Chyba śnisz, że ci pokażę! Zobaczysz jutro! - chłopak zaczął wyrywać dziewczynie torbę. Fred nachylił się i szepnął Hermionie do ucha:
 - Dzisiaj o osiemnastej - dziewczyna skinęła głową i uśmiechnęła się. Gryfon odwzajemnił uśmiech i rozdzielił rudzielców.
 - Chodź, George! Jeszcze nas ktoś zobaczy i pomyśli, że jesteśmy rodzeństwem - oboje parsknęli śmiechem i oddalili się w przeciwnym kierunku.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne - udawała obrażoną Ginny. Po chwili przypomniała sobie jednak o sukienkach i tryskała entuzjazmem przez całą drogę do zamku.


***

O umówionej godzinie Gryfonka stawiła się w komnacie. Kiedy weszła jej oczom ukazał się cudowny widok. Stała na skraju idealnie okrągłej łąki, całej pokrytej kwiatami. Zaparło jej dech w piersiach. Wokół był las tak gęsty, że ciężko było cokolwiek zobaczyć. Kiedy zrobiła krok do przodu zniknęły buty i trawa delikatnie łaskotała jej stopy. Położyła się na samym środku łąki i zamknęła oczy. Otworzyła je dopiero gdy poczuła jego wargi składające nieśmiały pocałunek na jej ustach. Wplotła dłoń w jego włosy i przyciągnęła bliżej w taki sposób, że chłopak nachylał się na nią. Po chwili położył się koło niej, a ona wtuliła się w jego ramię. Leżeli tak w milczeniu napawając się urokiem tej chwili, aż szatynka usiadła. Fred zrobił to samo.
- Freddie, co my w ogóle robimy? - zapytała, lecz nie usłyszała odpowiedzi.
- Czy my... no wiesz. Jesteśmy parą? - jej twarz oblał delikatny rumieniec.
- Tutaj tak, ale poza tym pomieszczeniem jesteśmy tylko znajomymi - stwierdził ze smutkiem.
- Dlaczego?
- Bo chcemy mieć własny świat, Hermiono - uśmiechnął się i uścisnął jej dłoń.
- A może połączmy ten świat z tym prawdziwym? - zaproponowała.
- Jeszcze nad tym pomyślimy - powiedział, przybliżając swoje usta do jej twarzy. Złożył na jej wargach delikatny pocałunek. Styknęli się czołami, a on zatonął w jej czekoladowych oczach.
- Spójrz w moje oczy - poprosił.
- Co w nich widzisz?
- Widzę w nich siebie - uśmiechnęła się.
- Znajdziesz w nich cały mój świat.


-------------------------------------------------------------
Rozdział krótki i nie taki jak chciałam, ale za dwa dni czyli osiemnastego sierpnia mój blog obchodzi pierwsze i ostatnie urodziny! Pracuję właśnie nad miniaturką "Sevika", której przedsmak znajdziecie na stronie "Miniaturka - Sevika - Est - ce mon your? Vient la douleur..." 
Dziękuje wam za ponad 17 tysięcy wyświetleń <3 Nie wiem jak to się stało, ale wiem, że wszyscy moi czytelnicy są wspaniali! Ten rozdział dedykują właśnie wam! Mam nadzieję, że nie obrazicie się za dedykację takiego beznadziejnego rozdziału ;_) Jak się czyta w tym kolorze?
Całuję, Ginny ♥

piątek, 25 lipca 2014

Rozdział 27 - "A więc tak smakuje szczęście"

Kiedy Harry wyszedł za Dumbledorem, Hermiona podeszła do łóżka George'a.
- Jednak był tutaj - westchnął Fred.
- Ale już go nie ma, a George dojdzie do siebie - uśmiechnęła się Miona. Chłopak odwzajemnił uśmiech, a ona usiadła. Wszyscy poza tą dwójką opuścili skrzydło szpitalne. Ginny i Ron padali z nóg, więc udali się do swoich dormitoriów. Hermiona nie była zmęczona, mimo że przespała tylko trzy godziny na jednym z łóżek. Fred delikatnie złapał ją za rękę. Zrobiło jej się gorąco, a na jej twarz spłynął lekki rumieniec.  Oddech jej przyspieszył i cała się spięła, ale próbowała to ukryć. "Co się dzieje do cholery?!" myślała. Siedzieli tak w milczeniu. Żadne z nich nie chciało spojrzeć na tę drugą osobę, ale nie chcieli też odrywać się od siebie.
- Jeśli chcesz to pójdź się przespać - zaproponowała Hermiona, przerywając ciszę.
- Nie spałeś całą noc - spojrzał w jej czekoladowe oczy.
- Nie ma szans, nie zasnę teraz - westchnął i opuścił głowę. Usłyszeli jak otwierają się drzwi do skrzydła szpitalnego i puścili swoje dłonie jakby ich oparzyły. Jednocześnie odwrócili głowy przez lewe ramię i spojrzeli na uśmiechniętą, rudą głowę Ginny. Oni również parsknęli krótkim śmiechem zauważając, że wyglądają identycznie.
- Idźcie gdzieś, teraz ja będę z Georgem - powiedziała i zrzuciła Freda z krzesła.
- Bawcie się dobrze! - krzyknęła i popchnęła ich w stronę wyjścia. Prawie niezauważalnie mrugnęła do Hermiony, a ta wywróciła oczami. Rudowłosa zatrzasnęła za nimi drzwi.
- Chodź coś ci pokażę - wpadła na pomysł szatynka. Chwyciła Freda za rękę i pociągnęła w stronę schodów. Po kilku minutach znajdowali się już naprzeciwko Wielkiej Sali.
- Boże, lekcje! - zawołała Hermiona i chciała wyrwać się z uścisku chłopaka.
- Stój! Coś ty. Żadne lekcje! - pokręcił głową tak jak pani Weasley, kiedy mówi coś typu "Ach, ta dzisiejsza młodzież." Gryfonka próbowała się jeszcze wyswobodzić, ale bezskutecznie i w końcu dała za wygraną. Odwróciła się i "przepłynęła" przez ścianę. Zapomniała, że trzyma Freda za rękę i teraz jego przedramię znajdowało się już po tej stronie, a cała reszta ciała po drugiej. Pociągnęła go mocno i wreszcie w całości stanął koło niej. Byli w lesie, a w oddali słychać było szum strumyka? A może rzeki?
- Lasy deszczowe - szepnęła dziewczyna i zrobiła krok do przodu. Natychmiast jej ubrania zamieniły się w krótką sukienkę na ramiączkach zrobioną jakby z malutkich listków. Chłopak zawahał się, ale podszedł do niej. Miał na sobie t-shirt z takiej samej tkaniny jak Hermiona i  czarne shorty. Bez słowa zagłębiła się w stronę lasu. Po kilku minutach jej oczom ukazał się piękny wodospad. Westchnęła z zachwytem i zbliżyła się do niego by po chwili zniknąć wśród skał.
- Miona? Gdzie jesteś?
- Tutaj! - krzyknęła i wystawiła głowę ze szczeliny. Rudowłosy chłopak wszedł za nią i jego oczom ukazał się najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek dane mu było zobaczyć. Byli w środku wodospadu. Po lewej stronie upadała kurtyna wody i piany, a po prawej rozciągał się widok na cały las deszczowy sięgający aż po horyzont. Hermiona siedziała na kamieniu odwrócona tyłem spoglądając w zielony bezkres. Wyglądała jak nimfa. Całe jej drobne ciało pokrywały kropelki wody, a twarz nie chowała zachwytu. Chłopak usiadł koło niej.
- Co to za miejsce?
- To moja kryjówka - odpowiedziała i uśmiechnęła się tajemniczo. Oparła głowę na jego ramieniu, a oddech mu przyspieszył.
- Po co mnie tutaj zabrałaś?
- Bo to jedyne miejsce, w którym można zapomnieć o całym świecie - westchnęła i spojrzała prosto w jego ciemne oczy. Błyszczały jakimś nieznajomym blaskiem. Nagle Hermiona poczuła niepohamowaną chęć pocałowania go. Chciała wpić się w jego zaczerwienione usta. Całą sobą powstrzymywała te pragnienie. Złapał ją delikatnie za podbródek, a ona spuściła hamulec. Całowali się delikatnie. Odwróciła się tak by siedzieć do niego przodem. Złapał ją w talii i przysunął bliżej, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. Poczuła jak wszystkie wnętrzności wywróciły się do góry nogami, a potem już całkowicie zniknęły. Przestali się opierać i pozwolili poddać się emocjom. Rozchyliła wargi, by ich języki mogły zaczął ognisty taniec. Objęła go mocniej rękami. Złapał ją za uda i sprawił, że dziewczyna siedziała okrakiem na jego kolanach. Zagryzł delikatnie jej wargę i zaczął obdarzać jej szyję delikatnymi pocałunkami. Odchyliła głowę w tył i wydała z siebie jęk zadowolenia. Całował ją po obojczyku, aż powolutku powrócił z powrotem do ust. Ten pocałunek był bardziej romantyczny. Przestali się spieszyć. W końcu oderwali się od siebie. Oparła mu głowę na piersi, a on objął ją rękami i pocałował w czoło. "A więc tak smakuje szczęście" pomyślała i mimowolnie na jej twarz spłynął uśmiech. Wstała i wyszeptała Gryfonowi na ucho:
- Od dzisiaj to będzie nasza kryjówka. Jedyne miejsce, w którym będziemy mogli zapomnieć o całym świecie - pocałowała go delikatnie w policzek i uciekła z kamiennej komnaty. 


*

Wbiegła do pokoju wspólnego i popędziła na górę. Na szczęście wszędzie było pusto. Oczywiście wszyscy przyzwoici uczniowie były na lekcjach. Hermiona wpadła do dormitorium i rzuciła się na łóżko. Zaczęła się śmiać jak idiotka. Pisnęła cichutko ze szczęścia i wyszczerzyła się do poduszki. Kiedy się uspokoiła i tylko głupio uśmiechała, spojrzała w lustro. Pierwsze co rzuciło się w oczy to krwista malinka. Znowu zaczęła się śmiać. Dokładnie obejrzała całą szyję, ale nie znalazła żadnego innego śladu Freda. "Żadnego śladu Freda" na tę myśl zaczęła trząść się ze śmiechu. "Miłość powinna być zakazana. Nie myśli się logicznie i do tego działa jak narkotyk" znowu śmiech. Sięgnęła po puder i zatuszowała malinkę. Odłożyła go z powrotem do kosmetyczki i wtedy do pokoju wpadła Ginny.
- Co ci się stało? - zapytała.
- Nic, Ginny, nic. Po prostu jestem szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa - opadła na łóżko z rozłożonymi rękami i zaczęła się szczerzyć do sufitu.
- Hermiona, nic ci nie jest?! Czy ktoś trafił w ciebie zaklęciem rozweselającym? A może masz gorączkę? - szatynka dostała niekontrolowanego ataku śmiechu.
- Gorączkę? Coś ty! - ale przyjaciółka przyłożyła jej rękę do czoła, by sprawdzić temperaturę.
- Ćpałaś?
- Ginny, nie jestem taka! - obruszyła się Hermiona, ale od razu powrócił się śmiech.
- Butelki... Gdzieś tutaj muszą być butelki po Ognistej, albo po jakimś mugolskim trunku - mówiła do siebie ruda, chodząc po pokoju.
- Opanuj się Ginny!
- I kto to mówi? - Ruda oparła ręce na biodrach i zmierzyła przyjaciółkę wzrokiem.
- Nic się nie stało. Po prostu... - ale nie dokończyła, bo przyszła  kolejna fala.
- Całowałam się z Fredem! - wykrzyknęła i znowu zaczęła się szczerzyć jak wariatka.
- Ty? Z Fredem? Nareszcie! - zapiszczała Ginny i przeturlała się po podłodze po to by zaśmiać się najgłośniej jak potrafiła.
- Wstawaj Gin! Ktoś pomyśli, że jesteśmy psychiczne! Albo, że jaramy coś. Maryśkę czy jakoś tak. Nie znam się na tym - wybełkotała Hermiona pomiędzy przypływami śmiechu. Podniosła się z łóżka i zatoczyła się do przyjaciółki. Spróbowała ją podnieść i obie wylądowały na podłodze, śmiejąc się jeszcze głośniej.
- Wiesz, że jesteśmy głupie, prawda? - spytała szatynka.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę - odparła ruda i żadna z nich nie powiedziała już nic więcej. Tarzały się po podłodze, aż przyszły Parvati z Lavender i spojrzały na nie krzywo.
W drodze na kolację co chwila spoglądały na siebie z obłąkanym wzrokiem i wybuchały śmiechem.
- Co wy macie takie dobre humory, hę? - zaciekawił się Ron, ale przyjaciółki tylko spojrzały na siebie i śmiały jak głupie.
- Wariatki - westchnął Harry i zabrał się za swoje ziemniaki.


-------------------------------------------------------

Dobry, dobry :* 
I co powiecie na ten rozdział? Szczerze to mimo braku weny wyszedł całkiem nieźle i jestem zadowolona! Szok! Ja? Zadowolona? To pewnie dzięki naćpanej Hermionie :)) Uwielbiam ją taką! Muszę chyba częściej sprawiać, żeby była taka szczęśliwa c: Zostawiam wam ocenę tego rozdziału i proszę o komentarze! Wiele z was pisało, że czytacie regularnie i powiem, że zostałam mega zaskoczona, ale teraz chciałabym żebyście mi to udowodnili i skomentowali!
Naćpana Ginny ♥
PS. Jak czyta się w takim kolorze?